oraz inne związane z tym tematem głupoty

poniedziałek, 29 lipca 2013

Tydzień z Doctorem Who:
Dziewiąty Doktor

Skoro „Tydzień z Battlestarem” zakończyłam odcinkiem Portlandii, w którego finale bohaterowie zasiadają do oglądania Doctora Who, jest to dobry punkt wyjścia do tego, bym opowiedziała wam o mojej tegorocznej, wakacyjnej miłości, czyli właśnie o Doktorze.

Doctor Who jest serialem niemal tak starym, jak telewizja, a Brytyjczycy darzą go podobnym sentymentem, jak Amerykanie Gwiezdne Wojny. Niestety z różnych powodów, w latach osiemdziesiątych produkcja została zatrzymana, a na świecie pojawiło się całe pokolenie dzieciaków, które nie wiedziało kim jest Doktor i nie znało strachu przed Dalekami. Na początku XXI wieku mądrzy ludzie z BBC dostrzegli ten problem i stwierdzili, że nie mogą pozwolić na to, by tak ważny element kultury Brytyjskiej, jakim jest Doctor Who, uległ zapomnieniu. Postanowiono więc wskrzesić serial, ale tak, by był on dostosowany do młodych odbiorców, którzy wcześniejszych wcieleń Doktora nigdy nie poznali.

Moje przygody z tym serialem także zaczęły się do nowych serii. Czyli, innymi słowy w chwili, w której poznałam Dziewiątego Doktora.


Na początek muszę się wam do czegoś przyznać. Od dłuższego czasu zdawałam sobie sprawę z istnienia Doctora Who. Ale oceniłam serial po okładce (albo prędzej: po tym, co wyświetlił mi Google Grafika) i wydał się mi on jakimś niepoważnym dziwactwem, na które nie warto tracić czasu.

Ostatnio natomiast, z powodu tego, że zbliża się specjalny odcinek z okazji 50 lat istnienia serialu, natknęłam się w sieci na kilka artykułów bardzo chwalących tą produkcję. W związku z tym, a także ponieważ sezon ogórkowy trwa - postanowiłam dać Doktorowi szansę.


Pierwsze spotkanie z Doktorem

Już na samym początku czekało mnie zaskoczenie. Z całym szacunkiem dla wcielającego się w główną rolę Christophera Ecclestona - Doktor nie wyglądał, jak typowy, filmowo-serialowy bohater. Nie był młody i przystojny. A do tego sprawiał wrażenie osoby, która do CV w rubryce „hobby” wpisuje „wszczynanie bójek w barze”.

Jeszcze bardziej zaimponowało mi to, co Doktor zrobił, gdy pojawił się na ekranie. Chwycił znajdującą się w opałach dziewczynę za rękę i krzyknął „Uciekaj!”. Ilu znacie innych bohaterów, którzy zamiast walczyć z wrogiem, biorą nogi za pas? I ilu z tych, którzy gdzieś biegną, trzyma za rękę inną osobę, która biegnie razem z nimi? Czegoś takiego po prostu nigdy wcześniej nie widziałam. I chyba to właśnie sprawiło, że zakochałam się w Doktorze od pierwszego wejrzenia.

W pilotowym odcinku wrażenie zrobił na mnie także scenariusz - zwłaszcza dialogi. Tam, gdzie w innych wypadkach główny bohater po usłyszeniu „Wyjaśnij mi, co się dzieje!” mówił, o co chodzi, Doktor stwierdzał, że nie będzie niczego objaśniał. A gdy odwrotnie, zdawało się, że nasz bohater postanowi zachować jakąś tajemnicę dla siebie - wyjawiał on nam swój sekret (choć robił to w sposób, który tak naprawdę rodził jeszcze więcej pytań). A do tego wszystkiego dochodził jeszcze inteligentny, angielski humor. Gdy to wszystko oglądałam, byłam po prostu w niebo wzięta.

Następne odcinki ujawniły kolejne ciekawe cechy Doktora. Faceta, który jest wyposażonym w dwa serducha, Ostatnim Władcą Czasu: nieco zrzędliwym, lubiącym się popisywać, czasem aroganckim. Na widok strasznych potworów lub w obliczu innego niebezpieczeństwa, bardzo często zanim weźmie nogi za pas, będzie zachwycał się pięknem tego, co mu zagraża i z entuzjazmem małego chłopca krzyczał, że to jest FANTASTYCZNE. Ale pomimo tego, że jest osobą niezwykle mądrą i dobrą, Doktor posiada też swoją drugą, mroczniejszą stronę. Cierpi z powodu samotności, potrafi być okrutny, a czasem zachowuje się po prostu nieludzko. Poza tym często traktuje ludzi z góry, jak głupie małpy, które dopiero co zlazły z drzewa. Zdarza mu się też strzelać fochy. Przy czym to ostatnie zawsze wychodzi mu z wielką gracją. Podobnie z resztą, jak mówienie ludziom, żeby się zamknęli.


TARDIS, śrubokręt soniczny i parapsychiczna wizytówka

Doktor przemierza czas i przestrzeń w przypominającym niebieską, policyjną budkę telefoniczną wehikule, zwanym TARDIS (który jest „bigger in the inside”). Choć z zewnątrz TARDIS zawsze wygląda tak samo, jego wnętrze zmieniało się na przestrzeni lat, podobnie jak sam Doktor. TARDIS z roku 2005 zdaje się być maszyną bardzo podobną do jej właściciela, czyli zniszczoną po wielu przejściach. To nie jest błyszczący niczym Star Trek, pojazd międzyplanetarny. Wydaje się być złożony z elementów znalezionych na targu staroci lub śmietniku, rzeczy, o których normalnie nigdy nie pomyślelibyśmy, że mogą być częściami statku kosmicznego. I trochę jak Fiat 126p, miewa swoje humory oraz lubi się psuć, ale Doktor zawsze znajduje sposób, by go naprawić.

Co równie ważne, ta niebieska budka telefoniczna posiada własną duszę. Nie, nie mam tutaj na myśli sztucznej inteligencji, komputera pokładowego, z którym Doktor mógłby dyskutować. Po prostu TARDIS czasami okazuje się być nieposłuszny i nie leci tam, gdzie chcieliby tego jego pasażerowie. Ba, potrafi nawet sam z siebie wystartować. Ogólnie mówiąc - jest to maszyna bardzo nieprzewidywalna. Ale na tym przede wszystkim polega jej urok.

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej, naprawdę przydatnej cesze TARDIS - statek posiada telepatyczny moduł tłumaczący, dzięki któremu jego pasażerowie, bez względu na to, w jakim miejscu i czasie się znajdą, zawsze będą słyszeli napotkane osoby tak, jakby mówiły one współczesnym językiem angielskim. Proste, ale wręcz genialne rozwiązanie problemu z którym borykają się inne seriale science-fiction, czyli logicznym wyjaśnieniem, dlaczego na innych planetach kosmici mówią po angielsku.


Doktor, podobnie jak MacGyver, nie przepada za bronią palną. Nie rozstaje się natomiast ze śrubokrętem sonicznym (tak wiem - powinnam napisać „dźwiękowym” - ale „soniczny” brzmi bardziej doktorowo), który potrafi równie dużo, co szwajcarski scyzoryk, a nawet więcej. Największą zaletą tego urządzenia jest natomiast to, że jest ono na pozór niegroźne. Wrogowie Doktora na widok tego przyrządu reagują zazwyczaj słowami: „phi, my mamy super śmiercionośne działka laserowe, nie boimy się twojego głupiego śrubokrętu”, a potem boleśnie przekonują się, w jak wielkim byli błędzie.

Śrubokręt soniczny, w zależności od potrzeb, potrafi nie tylko wszystko naprawić lub popsuć, ale także odwrócić działanie niektórych urządzeń.


Do nowej odsłony serialu wprowadzono jeszcze jeden gadżet, którego nie posiadały wcześniejsze wcielenia Doktora - parapsychiczną wizytówkę. Co to takiego? Kawałek papieru który pokazuje ci dokładnie to, co oczekujesz, że zobaczysz lub też, co chce ci pokazać właściciel takiego papierka. Doktor może więc podać się za dowolną osobę: policjanta, inspektora skarbówki, a nawet... króla Belgii. Dzięki temu wszystkie drzwi stoją przed nim otworem. A ponieważ Władca Czasu bardzo często lubi zaglądać tam, gdzie nieupoważnionym wchodzić nie wolno, taka magiczna wizytówka bardzo ułatwia mu pracę (lub prędzej - zabawę).


Towarzyszka, Rose Tyler

Tradycją, istniejącą od początku trwania serialu jest, że Doktor nie może podróżować sam, musi posiadać jakąś towarzyszkę podróży. Osobę, której będzie tłumaczył wszystkie skomplikowane sprawy związane z funkcjonowaniem czasu, przestrzeni oraz wszechświata.

Niestety nie wiem, jak prezentowały się towarzyszki - że się tak wyrażę - XX wiecznego Doktora. Czy były one odważne, wygadane, niezależne i sympatyczne? A może wręcz przeciwnie - przypominały raczej damy, które co chwilę wpadały w opały, i które Doktor musiał nieustannie ratować? Z tego też powodu nie jestem w stanie stwierdzić, czy Rose Tyler, która wsiadła do TARDIS w 2005 roku, była postacią innowacyjną, czy może wpisującą się w standardy Doctora Who. Ale szczerze mówiąc, tak polubiłam tą dziewuchę, że mało mnie to obchodzi.


Rose poznajemy jako 19-latkę: ma średnie wykształcenie, pracuje w sklepie z ciuchami, posiada sympatycznego, choć na pierwszy rzut oka niezbyt rozgarniętego chłopaka i prowadzi dość nudne życie. Jest życzliwa dla innych, ale gdy trzeba potrafi odpyskować i na pewno nie daje sobie w kaszę dmuchać. Można więc powiedzieć, że jest to postać dość standardowa, jakich pełno we współczesnej pop-kulturze.

Ale podobnie jak w przypadku Doktora - z każdym odcinkiem poznajemy ją lepiej, odkrywamy więcej cech jej charakteru. I okazuje się, że tak naprawdę daleko jej do standardów.

Co mi się najbardziej spodobało w tej bohaterce, to jej reakcje na świat, jaki pokazuje jej Doktor. I tak przykładowo, gdy Rose widzi moment, w którym opuszczona Ziemia zostaje zniszczona przez eksplodujące Słońce, nie myśli o tym, że oto stała się świadkiem historycznego wydarzenia (tak, jak czyni to Doktor). Wraca myślami do swoich bliskich, rozważa jak mało, w odniesieniu do ogromu czasu i przestrzeni, znaczy pojedyncze życie. Tak wiem, teraz jak o tym piszę, brzmi to bardzo emo, ale w rzeczywistości było to po prostu niezwykle prawdziwe i ludzkie.


Poza tym cały serial bardzo spodobał mi się ze względu na relacje Doktora i Rose. Tu nie było mowy o żadnym romantyzmie, maślanych oczach i innych takich. Twórcy Doctora Who nawet nie sugerowali, że pomiędzy dwójką głównych bohaterów może istnieć taki rodzaj chemii. Co nie oznacza jednak, że chemia między Rose i Doktorem nie istniała w ogóle.

Doktor był bowiem dla Rose niczym mistrz... choć nie, wróć, bo w przypadku Doktora Who „mistrz” nie jest najlepszym słowem (dlaczego, o tym napiszę jutro). Więc jeszcze raz: Rose była niczym hobbit, który wybrał się w niezwykłą podróż. A Doktor był jej Gandalfem. Czy istnieje na Ziemi ktoś (poza partnerem Iana McKellena), kto miałby jakieś fantazje erotyczne związane z Gandalfem? Raczej wątpię. I podobnie sprawy miały się w przypadku Doktora, który kochał Rose, i to z wzajemnością, ale była to miłość tylko i wyłącznie platoniczna.


Strzeż się Daleków

Doktora, jako postać, świetnie symbolizuje jego niebieska budka telefoniczna (on też jest większy w środku i kryje w sobie wiele tajemnic). Co natomiast najlepiej obrazuje serial sam w sobie? Moim zdaniem Dalekowie.

Spójrzmy na te stworki. Wyglądają one śmiesznie i niepozornie, wręcz głupio. Brytyjczycy zwykli je przezywać wielkimi pieprzniczkami. Mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Daleka najbardziej rozbawiło to, że był on uzbrojony w trzepaczkę od miksera, przepychacz do toalet, niebieską latarkę na kiju i lampki na „głowie”, które sprawiały, że kojarzył mi się z Myszką Mikcey. Innymi słowy - prezentował się po prostu kiczowato. Tak samo, jak kiczowaty na pierwszy rzut oka wydaje się Doctor Who.

Ale wbrew pozorom Daleków (podobnie, jak Doctora Who), nie należy traktować niepoważnie. I już śpieszę z wyjaśnieniem, dlaczego.


Zanim obejrzałam Doctora Who myślałam, że najstraszniejszym stworem, który może czaić się w przestrzeni kosmicznej, jest Obcy. Pluje kwasem, traktuje ludzi jak inkubatory i w ogóle, jeśli się z nim spotkamy, nasze szanse na przeżycie maleją niemalże do zera. Ale Obcy są tak naprawdę jedynie zwierzętami, które nie mają ambicji polegających na zawładnięciu wszechświatem. I jeśli nie wejdziemy im w drogę, oni sami raczej nie zapukają do naszych drzwi i nie przerobią nas na swoją kolację.

Z tego też powodu Obcy przy Dalekach są jak terierki-miniaturki. Dalekowie są mega-inteligentni, całkowicie pozbawieni uczuć i skrupułów, a ich jedynym celem istnienia jest zniszczenie wszystkich innych form życia we wszechświecie (w tym prawdopodobnie także Obcych). Niemal niepokonani, otoczeni polem siłowym, którego nie jest w stanie przebić większość pocisków, suną przed siebie powoli, niczym miniaturowe czołgi i eksterminują wszystko, co stanie im na drodze.

Właśnie, EKSTERMINUJĄ! Dalek jest straszny. Dalek krzyczący EXTERMINATE! sprawia, że w człowieku odzywa się jakiś prastary instynkt podpowiadający, że powinno się uciekać. Zwłaszcza, że głos Daleków po prostu mrozi krew w żyłach. Jest on chrapliwy, mechaniczny, pełen gniewu i pogardy, ale jednocześnie zawierający odrobinę szaleństwa istoty, która przez całe swoje życie zamknięta była w metalowym pudle (pieprzniczce?). Jeśli poznacie Daleków, a potem po usłyszeniu EXTERMINATE! nie przejdą was ciarki, to znaczy, że po prostu coś jest z wami nie tak.

Na koniec warto tu wspomnieć o tym, że twórcy serialu nie nadużywali mocy Daleków. To nie są kreatury, które uganiają się za Doktorem w każdym odcinku. Scenarzyści wykorzystywali ich niezwykle rzadko. Ale dzięki temu na widok Daleków nie wzdycha się „o rany, to znowu oni, ileż można?!”, tylko za każdym razem ich pojawienie się jest dla widzów równie (nie)miłą niespodzianką, co dla samego Doktora.


Doctor Who, seria pierwsza

Napisałam wam o Doktorze i innych bohaterach, pora wspomnieć co nieco o treści pierwszej serii (przy okazji, kolejna rzecz, którą odkryłam dzięki Doktorowi - w Wielkiej Brytanii seriali nie dzieli się na sezony, tylko właśnie na serie).

Autorzy innych artykułów na temat Doctora Who, jakie przeczytałam, zarzucali pierwszej odsłonie serialu dużą kiczowatość. Że efekty specjalne były kiepskie, a sam scenariusz momentami bardzo głupi. Ja jednak jestem zupełnie innego zdania.

Po pierwsze właśnie te dziwaczne efekty specjalne nadawały Doctorowi Who niezwykły klimat, którego próżno szukać w innych produkcjach science-fiction. Od strony formy, serial bardzo przypominał Autostopem przez galaktykę z 2005 roku. Oczywiście rozumiem, że niektórym tego typu rzeczy mogą nie odpowiadać. Ale jeśli widzieliście wspomniany film i przypadł on wam do gustu, to jestem przekonana, że Doktora także pokochacie.

Po drugie Russell T. Davies i Julie Gardner, którzy przez pierwsze cztery sezony odpowiadali za wygląd i treść serialu, byli moim zdaniem parą geniuszy, a nie partaczy. Wiem, że jeśli ktoś chce udowodnić, iż Davies i Gardner (a zwłaszcza Davies, bo on, poza byciem producentem serialu, pisywał też do niego scenariusze) nie sprawowali się dobrze, zawsze wskazuje na odcinek o puszczających bąki kosmitach. Odpowiem na to w taki sposób: wbrew temu, co myślą starsi widzowie, Doctor Who jest serialem familijnym, czyli takim, podczas oglądania którego dobrze mają bawić się nie tylko dorośli, ale także dzieci. A każdy małolat będzie śmiał się do rozpuku, gdy ktoś na ekranie telewizora puści bąka. I nie mówcie mi, że gdy wy byliście dziećmi, nie chichotaliście z tego samego powodu, bo po prostu w to nie uwierzę.

Dlatego też moim zdaniem Daviesowi i Gardner udało się idealnie wpisać Doctora Who w ramy serialu familijnego. Dzieciaki dostały pierdzących kosmitów i inne śmieszne stworki. Dorośli natomiast sporo treści ukrytych między wierszami. Tydzień temu wspominałam o Battlestar Galactice. Doctor Who to zupełnie inna liga, ale wydaje mi się, że niesie on ze sobą równie dużo mądrych i dających do myślenia rzeczy. Nie potrafię w tej chwili przytoczyć żadnego innego tytułu, który w tak poruszający sposób opowiadałby o samotności, upływie czasu i tym, że „with great power comes great responsibility”.

Poza tym, o czym już wspominałam, scenariusze poszczególnych odcinków były naprawdę świetnie napisane. Idealnie balansowały pomiędzy komedią i dramatem, serwowały masę fantastycznych dialogów, wiele niekonwencjonalnych rozwiązań oraz ciekawych zwrotów akcji.


Pisałam o Rose i Doktorze, ale w serialu pojawiła się też cała masa innych postaci. A wszystkie one zostały naprawdę świetnie rozpisane, posiadały własną osobowość i nie były jedynie dekoracjami, o których zapominało się, gdy tylko pojawiły się napisy końcowe. I tyczy się to zarówno bohaterów epizodycznych, z którymi nasza znajomość definitywnie kończyła się po jednym odcinku, jak i takich, które powracały co jakiś czas.

Na mnie osobiście, największe wrażenie zrobił chłopak Rose, Mickey, który z tchórzliwego i nieco głupkowatego kolesia, jakiego poznaliśmy w pierwszym odcinku, z czasem zmienił się w mężnego herosa na miarę Hollywood.

Warto wspomnieć także Kapitana Jacka Harknessa. Kto to taki i dlaczego nie można go nie lubić? Tego osobom nie znającym serialu zdradzać nie będę. Napiszę jedynie, że był to chyba jedyny facet w serialu, który potrafił zawrócić mi w głowie bardziej, niż Doktor.


W pamięć zapadają nie tylko bohaterowie, ale także same odcinki. Częściowo jest to spowodowane tym, że za każdym razem TARDIS ląduje w innym miejscu i czasie, dzięki czemu Doktor nigdy nie przeżywa dwóch podobnych do siebie przygód. Ale dużo większe znaczenie miała tu po prostu treść samych epizodów.

Co ciekawe, twórcy serialu ewidentnie czuli, iż w historii o facecie, którzy przemierza czas i przestrzeń w budce telefonicznej, jest coś absurdalnego. I nie próbowali od tej absurdalności uciec. Wręcz przeciwnie, wykorzystywali ją, i to z bardzo dobrym skutkiem. Jednak pomimo tego, w serialu nie pojawiło się wiele nielogicznych rozwiązań. Wszystkie związki przyczynowo-skutkowe były jak najbardziej poprawne. I po prostu, byłam w stanie uwierzyć, że gdyby TARDIS, soniczny śrubokręt oraz inne elementy ze świata Doctora Who były prawdziwe, to ich funkcjonowanie w naszym świecie byłoby całkiem prawdopodobne.

Choć z drugiej strony, jaką mamy pewność, że Doktor nie istnieje naprawdę? Mówi się, że gdyby podróże w czasie były możliwe, to spotykalibyśmy osoby z przyszłości, a tak się nie dzieje. Tylko, czy aby na pewno? Google ma takie ciekawe narzędzie, o nazwie Ngram Viewer, które pokazuje jak często, od 1800 roku do czasów obecnych, w książkach pojawiały się wybrane przez nas słowa. I teraz niech mi ktoś wyjaśni, jak to możliwe, że zarówno o Doktorze, jak i TARDIS, w brytyjskiej literaturze można było przeczytać na długo przed powstaniem serialu i to nawet w XIX wieku.



Tydzień z Doktorem - pozostałe wpisy:

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...