oraz inne związane z tym tematem głupoty

wtorek, 20 sierpnia 2013

Nadrabiając Serialowe Zaległości:
Produkcje amerykańskie

Jak już wspominałam jakiś miesiąc temu - wakacje to dobry czas, by nadrobić zaległości, zarówno w oglądaniu, jak i pisaniu o serialach. Przy czym, z naciskiem na to drugie. Bo w ciągu ostatniego półrocza obejrzałam wiele produkcji, o których na blogu nie miałam czasu wspomnieć. Pora więc zrobić to dzisiaj!


Falling Skies

Przeczytałam w paru miejscach, że serial jest ok, ale nie zagłębiałam się w to, o co w nim chodzi, bo nie chciałam sobie psuć zabawy. Dlatego też mój opis także będzie dość ogólny i bez zdradzania fabuły - specjalnie dla tych, którzy Falling Skies wcześniej nie widzieli.

Historia jest dość standardowa: kosmici zaatakowali Ziemię, garstka ocalałych ludzi stara się przetrwać w postapokaliptycznym świecie i jednocześnie przegonić najeźdźców. Ale całość została opowiedziana w naprawdę przyjemny i ciekawy sposób. Serial posiada wszystko to, co powinien - bohaterów, którym się kibicuje, naturalne dialogi, ciekawą fabułę i przy okazji całkiem nieźle prezentujące się efekty specjalne. Ale co najważniejsze, wszystko co w takich produkcjach ważne, dawkuje nam w odpowiednich ilościach, jednocześnie możliwie jak najbardziej oszczędzając tego, co w innych katastroficznych filmach lub serialach irytuje. Mamy więc dokładnie tyle, ile trzeba akcji, dramatyzmu, romantyzmu oraz humoru i jedynie śladowe ilości amerykańskiego, nadętego patriotyzmu.

Podobało mi się także to, że kosmici nie są humanoidalnymi stworkami, z którymi można się werbalnie porozumiewać (to znaczy ci z pierwszego sezonu tacy nie są, potem sprawy ulegają zmianie). A także - choć może się to wydawać szczegółem - pewna dbałość o realia. To znaczy podobnie, jak na przykład w Grze o Tron - bohater, który w jednym odcinku rozciął sobie czoło, nie wyzdrowieje cudownie w następnym epizodzie, tylko przez kilka odcinków będzie paradował ze skaleczeniem, a następnie, z widoczną blizną. Jak już pisałam - niby jest to głupota, ale ja doceniam takie rzeczy.

A jeśli dla kogoś ważne jest to, kto stoi przed i za kamerą: w serialu udało się zgromadzić masę naprawdę dobrych aktorów (w roli głównej ex-Bibiotekarz Noah Wyle, a na drugim planie Will Patton). Natomiast za produkcję Falling Skies odpowiadał sam Steven Spielberg.

No dobrze, przyznaję - to nie jest serial, który wciśnie was w fotel, spowoduje opad szczęki i wywoła jakieś głębsze przemyślenia. Falling Skies oferuje jednak naprawdę dobrą i niegłupią rozrywkę. I choć w trzecim sezonie jakość produkcji nieco spadła, to i tak jest to coś, na co spokojnie można zerknąć wieczorem, przy kolacji.

Moja ocena: 4/5

House of Cards

Spóźnione, ale w końcu są - moje wrażenia z oglądania tejże produkcji. O co tu chodzi, tego streszczać wam nie będę, bo o tej produkcji było tak głośno, że chyba każdy, kto choć trochę interesuje się światem seriali wie, o czym opowiada House of Cards.

Co mnie zaskoczyło najbardziej - myślałam, że będzie to teatr jednego aktora, że Spacey swoją grą sprawi, iż wszystko inne, poza nim - przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Na szczęście twórcy serialu nie poszli na taką łatwiznę. Zwerbowali samych utalentowanych aktorów i dali im role może i dość trudne do zagrania, ale za to prezentujące się niezwykle efektownie. I chyba to mi się w House of Cards podobało najbardziej. Nie polityka, ale historie tych wszystkich bohaterów. Postaci, które początkowo mogą wydawać się nieistotnymi pionkami, a z czasem awansują na tych, wokół których zaczyna się kręcić cała akcja. A dodatkowo są to ludzie, którzy albo z odcinka na odcinek okazują się być osobami zupełnie innymi, niż początkowo można było sądzić, albo też czasem postępują w sposób zupełnie niespodziewany.

Z resztą scenarzyści zaskakiwali mnie nie tylko tym. Co chwilę serwowali mi zwroty akcji lub też okazywało się, że z pozoru przypadkowe wydarzenia okazywały się być częścią z góry zaplanowanej, dużo większej intrygi.

Wracając jednak do bohaterów - strasznie podobało mi się małżeństwo Underwoodów. Ich związek zdawał się zupełnie nie wpisywać w to, co oznacza słowo „miłość”, ale być czymś znajdującym się jakby poziom wyżej. Relacje między tą dwójką na pozór pozbawione były namiętności, obydwoje pozwalali sobie na skoki w bok. Ale pomimo to - trzymali się razem, ba - zdawali się porozumiewać bez słów. Momentami można też było odnieść wrażenie, że Underwoodowie zawarli związek małżeński, gdyż wiedzieli, że osobno mogliby stać się dla siebie nawzajem najbardziej groźnymi wrogami. Postanowili więc połączyć siły i zamiast ze sobą - wojować z resztą świata.

Frank Underwood najbardziej kupił mnie natomiast tym, że zwracał się bezpośrednio do mnie, do widza. Uwielbiałam sposób, w jaki tłumaczył kogo i w jaki sposób zaraz zmanipuluje. A także to, że nawet, gdy stał gdzieś, na drugim planie, zerkał w kamerę, jakby chciał powiedzieć „patrz uważnie, co się zaraz stanie”. Ale w tym spojrzeniu było też coś niepokojącego. Bo Underwood patrzył na nas, widzów, z pewną pogardą. Tylko, co było tej pogardy przyczyną? Co Underwood powiedziałby nam, gdyby chciał zdradzić, o czym myśli. Czy wypowiedziałby słowa: „uważasz mnie za drania, ale bawi cię oglądanie tego, co robię - więc chyba jesteś większym draniem ode mnie”. Czy może prędzej stwierdziłby „gdybyś nie marnował czasu na oglądanie głupich seriali, być może osiągnąłbyś w życiu sukces, tak, jak ja”.

Moja ocena: 6/5

Nurse Jackie

Czy gdyby doktor House był kobietą, byłby siostrą Jackie? Cóż, obydwie te postaci posiadają pewne cechy wspólne (uzależnienie od tabletek, zadziorny charakter oraz pracę w służbie zdrowia). Siostra Jackie jest jednak postacią zupełnie inną. Ba, cały serial jest zupełnie inny, niż House MD. Główna bohaterka nie unika pacjentów, jest matką, żoną i kochanką, a sam szpital, w którym Jackie pracuje, o jedynie tło - w serialu liczą się bowiem przede wszystkim relacje pomiędzy głównymi bohaterami, a nie zdrowotne problemy pacjentów.

Siostrę Jackie polubiłam od pierwszej sceny. Za jej zadziorny charakter, sposób, w jaki pyskowała, aurę tajemnicy, jaką wokół siebie roztaczała. A także za jej krótkie włosy - jakoś tak zawsze uważam, że tego typu fryzury dodatkowo podkreślają niezależność ich właścicielek.

Szybko zakumplowałam się także z resztą szpitalnego personelu. Przy czym - co również w serialach i filmach lubię - tutaj nie było dobrych i złych bohaterów, choć część z nich ewidentnie była bardziej pozytywna lub negatywna.

Odcinki były krótkie, akcja wciągająca i przez wszystkie dotychczasowe serie przeszłam przyjemnie i w mgnieniu oka. Przy czym, niestety, w ostatnich dwóch sezonach produkcja nieznacznie straciła na jakości. Jackie przestała wspomagać się lekami, zapuściła włosy i w jej życiu nastąpiło kilka innych, dość radykalnych zmian. A to sprawiło, że serial, choć wciąż stoi na dość wysokim poziomie, to jednak brakuje mu „tego czegoś”, co posiadał na samym początku.

Moja ocena: 4/5

Supernatural (sezon 8)

Tak, odgrażałam się, że nie zamierzam dalej oglądać Supernatural. Ale po zakończeniu emisji ósmego sezonu przeczytałam bardzo wiele dobrych opinii na jego temat. Pokusa okazała się więc silniejsza.

Obstawiam, że producenci Supernatural weszli na mój blog, przeczytali gorzkie żale na temat serialu i bardzo zmartwiło ich to, iż zapowiedziałam, że dalszych losów braci Winchesterów śledzić nie będę. Postanowili się więc poprawić i spisali się naprawdę świetnie. Bo najnowsze przygody Sama i Deana były tak samo ciekawe, jak w pierwszych pięciu sezonach.

Udało się wprowadzić nowego, interesującego bohatera - wampira Benny'ego. Do serialu wrócił także Castiel i to mnie naprawdę mocno ucieszyło (Misha Collins sprawia, że lubię Castiela w każdym wydaniu, ale nawet on w sezonie siódmym prezentował się kiepsko). Pojawiły się zarówno odcinki śmieszne i absurdalne (np. ten o zlocie fanów RPG), jak i takie bardziej poważne. Ciekawie prezentował się także wątek spajający cały sezon.

Przy czym jedyne, co mi się nie spodobało, to zakończenie. Liczyłam na to, że Winchesterowie zostaną pod koniec postawieni przed jakimś większym, moralnym dylematem. Bo skoro okazało się, że demony można uleczyć i przeciągnąć z powrotem na jasną stronę mocy, to czy zamknięcie piekła naprawdę powinno być czymś, co bracia powinni uczynić? Niestety w tym wypadku twórcy serialu poszli po najmniejszej linii oporu i taki, bądź co bądź duży problem natury etycznej zredukowali do dużo mniejszego: jeśli Sam zamknie piekło, to sam zginie. Ojej, straszne.

Z drugiej jednak strony w finale dostałam upadających aniołów. A to sprawiło, że po raz pierwszy, od bardzo dawna mogę z radością napisać, że z chęcią zasiądę do oglądania następnego sezonu.

Moja ocena: 4/5

Walking Dead (sezon 2 i pół oraz 3)

Tak dla przypomnienia napiszę o tym, o czym stali czytelnicy zapewne już od dawna wiedzą: nie lubię zombiaków! A Walking Dead oglądałam ponieważ miałam nadzieję, że jakoś się do produkcji o człapiących trupach przekonam. I przy okazji, ze względu na to, że o serialu było głośno. Drugi sezon nie podobał mi się jednak tak bardzo, że zaprzestałam jego oglądania po mniej, niż połowie odcinków, nie docierając tym samym nawet do półfinałowego cliffhangera. Jednakże znów, podobnie jak w przypadku Supernatural doszły mnie słuchy, że trzeci sezon jest naprawdę dobry. Postanowiłam więc dać truposzom jeszcze jedną szansę.

Oczywiście dotarcie do trzeciej odsłony serialu wiązało się z tym, że wcześniej musiałam przebrnąć przez drugą połowę wcześniejszego sezonu. I była to prawdziwa droga przez mękę, wymagająca ode mnie wielu poświęceń, zaciskania zębów oraz prawdziwego uporu. Wszystko to jednak się opłaciło, bo potem okazało się, że trzeci sezon był naprawdę o nie bo lepszy.

Przede wszystkim scenarzyści przesunęli zombiaków z wątku głównego, na bardziej poboczny. Uciekanie i walczenie z truposzami przestało być głównym celem bohaterów. A wrogiem numer jeden stali się inni ludzie. Niby jest to pewien schemat, bo każda post-apokaliptyczna historia dąży do tego, by pokazać, że ludzie w obliczu zagrożenia najpierw się jednoczą, a potem zaczynają walczyć między sobą. Ale w Walking Dead udało się to przedstawić w naprawdę ciekawy i emocjonujący sposób. A dodatkowego smaczku całej historii dodawało kilka nowych postaci (oraz jeden bohater, który pojawił się już wcześniej, a teraz powrócił).

Jedyne, co mi się nie podobało, to wątek żony głównego bohatera. Jakkolwiek okrutnie by to zabrzmiało - ucieszyłam się, gdy kobieta umarła, bo była to postać, która naprawdę mocno mnie irytowała. Niestety scenarzyści czerpią chyba jakąś dziką radość z tego, by prawie bezgłową Sarę zawsze uśmiercać nie do końca. I tak, jak w Prison Breaku grana przez Sarah Wayne Callies bohaterka została ożywiona w stu procentach, tak w Walking Dead, postać aktorki także po śmierci nie zniknęła z serialu na dobre i swoją obecnością nadal mnie irytowała.

Niemniej jednak trzeci sezon zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Dlatego też znów, podobnie jak w przypadku Supernatural wrócę do oglądania Walking Dead na bieżąco.

Moja ocena: 5/5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...