oraz inne związane z tym tematem głupoty

poniedziałek, 22 lipca 2013

Tydzień z Battlestarem:
Caprica

Tak wiem, obiecywałam, że w wakacje nie będzie Szaleństwa Serialowego, ale chodziło mi tutaj o te comiesięczne wpisy analizujące najnowsze produkcje. Tymczasem letni sezon ogórkowy to dobry czas na to, by nadrobić zaległości zarówno w oglądaniu, jak i pisaniu o serialach.

Battlestar oraz serie z nim związane są tym drugim przypadkiem, albowiem Capricę*BSG miałam przyjemność obejrzeć zeszłego lata. Jednak wtedy pomyślałam sobie: „poczekam z notką, aż pojawi się Blood and Chrome”. A potem jakoś zabrakło mi czasu, żeby napisać na ten temat.

Dlatego też postanowiłam teraz, w końcu przysiąść do klawiatury, bo Battlestar Galactica i spółka są produkcjami, które każdy, szanujący się oglądacz seriali znać powinien. I aż nie wypada, bym nie wspomniała o nich na Dyrdymałach.

A ponieważ w internecie lepiej jest pisać mniej i częściej, niż więcej i rzadziej, to, co chcę nagrafomanić na temat uniwersum BSG rozłożę na kilka postów, które pojawią się na blogu w tym tygodniu.

*Tak na marginesie: nie mam pojęcia, jak powinno się odmieniać przez przypadki wyrazy Caprica oraz Battlestar Galactica, dlatego proszę, bądźcie dla mnie w tej kwestii wyrozumiali.


Rozpocznę od tego, o czym wspomniałam już na wstępie: Capricę widziałam rok temu. W związku z tym mój opis serialu nie będzie zawierał szczegółów, bo te niestety wyleciały mi z głowy. Ale nie wydaje mi się to złe, bo pozwala spojrzeć na serial z dystansu, nieco bardziej na chłodno. I przede wszystkim skupić mi się na tych elementach, które zapamiętałam - zwłaszcza, że skoro wciąż potrafię je sobie przypomnieć, to znaczy, że naprawdę zrobiły one na mnie duże wrażenie.



Od czego zacząć?

To pytanie zapewne zadają sobie ci, którzy nie znają uniwersum Battlestara. Z jednej strony akcja Capriki miała miejsce wcześniej, ale z drugiej: najpierw nakręcono Battlestar Galactikę. Co więc obejrzeć najpierw?

Przede wszystkim, jeśli jesteście fanami seriali science-fiction z lat osiemdziesiątych, powinniście zacząć do oryginalnego Battlestar Galactiki, który właśnie wtedy powstał. Ja tej produkcji nie widziałam, ale podobno w USA ma ona wielu wiernych fanów. Więc może i wam się ten serial spodoba, jeśli lubicie takie klimaty?

Jeśli z kolei jesteście zwolennikami science-fiction w nowszym wydaniu, natomiast nie trawicie dramatów obyczajowych - sięgnijcie najpierw po współczesne wydanie Battlestar Galactiki.

Tymczasem osobom którym niestraszne dramaty obyczajowe lub takim, które każdy gatunek filmowy (i serialowy) lubią tak samo, bez dwóch zdań polecam zacząć od Capriki. Dlaczego? Bo jak tak zaczęłam i wydaje mi się, że dzięki temu odkrywanie uniwersum całego Battlestara było dużo ciekawsze.


Czym jest Caprica?

Zanim przystąpiłam do oglądania, moja wiedza na temat BSG była bardzo niewielka. Wiedziałam, że będą tam statki kosmiczne i jakieś straszne roboty, z czerwoną żaróweczką poruszającą się na prawo i lewo, zamiast oczu. Właśnie dzięki tej niewiedzy Caprica oraz świat w niej przedstawiony były dla mnie ogromnym, niezwykle pozytywnym zaskoczeniem.

- Czym jest Caprica? - zastanawiałam się, oglądając. - Wszystko wygląda tutaj jak w futurystycznej wizji Ziemi, ale ludzie wierzą w olimpijskie bóstwa. Czy więc Caprica jest alternatywną wersją naszej rzeczywistości? Taką, w której grecka cywilizacja nie upadła, tylko wręcz przeciwnie, stała się potęgą większą, niż obecnie są Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny razem wzięte?

Właśnie tego typu pytania zadawałam sobie niemal przez cały czas oglądania serialu. A odpowiedzi uzyskałam dopiero później, gdy zerknęłam na Battlestar Galacticę.

Dodatkowo w całej historii statków kosmicznych nie było prawie wcale, a robotów pojawiło się zaledwie kilka. Całość była, jak już pisałam, dramatem obyczajowym, w którym futurystyczne dekoracje były tylko... no właśnie - dekoracjami. Nie był to jednak dramat w sensie, że wszyscy siedzą, płaczą i użalają się nad sobą. Poruszonych tematów było tutaj naprawdę wiele: rodzicielstwo, śmierć, terroryzm, różnice kulturowe, przynależność do jakiejś społeczności, religia... naprawdę długo mogłabym wymieniać. Ale dla mnie Caprica była przede wszystkim rozprawką filozoficzną na temat tego, co to znaczy być człowiekiem i czym tak naprawdę jest ludzka dusza.


Dobry scenariusz to podstawa

Akcja serialu, choć nie toczyła się wartko i nie była pełna fajerwerków, wciągnęła mnie i sprawiła, że po obejrzeniu jednego odcinka natychmiast sięgałam po następny.

Bohaterowie nie byli czarno-biali. I gdy przykładowo w jednym epizodzie stałam murem za Graystonem, w następnym wszystko zmieniało się o sto osiemdziesiąt stopni i zaczynałam kibicować Adamie... po to tylko, by po kilku odcinkach znów zmienić zdanie i ponownie bardziej lubić Graystone'a.

Podobał mi się także świat Capriki, posiadający zarówno elementy futurystyczne, bardzo podobne do nam współczesnych, jak i takie pochodzące mniej-więcej z połowy XX wieku. Twórcy serialu chcieli w ten sposób nawiązać do Łowcy Androidów i wydaje mi się, że nie tylko się im to udało, ale wręcz, że zrobili to lepiej niż Ridley Scott.

Muszę się tutaj także przyznać, że choć na co dzień strasznie wkurzają mnie osoby palące papierosy, tak w serialu to było coś, co naprawdę mi się podobało. Przy czym było to spowodowane nie tylko tym, że nie czułam zapachu dymu, ale także (a nawet: przede wszystkim) tym, że bohaterowie Capriki palili papierosy w niezwykle elegancki sposób.


Wszystko pięknie i ładnie, ale...

Pisałam już o bohaterach, wypada wspomnieć też o aktorach. Eric Stoltz, Esai Morales, Paula Malcomson, Magda Apanowicz - cóż, gdybym chciała wymienić każdego aktora i aktorkę, którzy zagrali tutaj naprawdę świetnie, musiałabym wypisać prawie wszystkich, którzy pojawili się w serialu.

Przy czym jest tutaj jeden wyjątek: Alessandra Torresani, która wcieliła się w Zoe Graystone. Nie wiem, ile jest tutaj winy samej aktorki, a ile tego, czego wymagali od niej reżyserzy oraz scenariusz, ale po prostu dziewucha była dla mnie jedynym irytującym elementem Capriki. Na jej widok zgrzytałam zębami, rwałam włosy z głowy i miałam ochotę przewinąć serial do przodu - ale to ostatnie raczej nie było możliwe, gdyż Zoe była jedną z głównych bohaterek.

Słowo daję, bez niej, serial byłby idealny. A tak, Torresani stała się jedyną rysą na tym diamencie.


Caprica a nasza rzeczywistość

Wrócę jeszcze na chwilę do wątków filozoficznych. Bo te także były przedstawione w taki sposób, który lubię najbardziej. To znaczy: nie były to jakieś płytkie, patetyczne rozkminiania podobne do przemów amerykańskich prezydentów na filmach katastroficznych. Twórcy Capriki zadawali pytania, które trafiały gdzieś głęboko pod moją czaszkę i sprawiały, że zaczynałam się zastanawiać co ja bym zrobiła w podobnej sytuacji. Co bym czuła, gdyby ktoś z moich bliskich zginął w ataku terrorystycznym? Co by było, gdyby okazało się, że to mój bliski był osobą, która ten atak terrorystyczny spowodowała? A gdybym mogła stworzyć wirtualny odpowiednik zmarłej osoby, którą kocham, czy zrobiłabym coś takiego?

Takich pytań było więcej. A serial wcale nie pomagał udzielić odpowiedzi, tylko stawiał kolejne znaki zapytania, które zmuszały mnie, widza, do myślenia i zastanawiania się nad sprawami, które normalnie nigdy by mnie nawet nie przyszły do głowy.


Bardzo podobał mi się także Holonet będący odpowiednikiem naszego, ziemskiego internetu. I pokazanie, że mogą w nim być zarówno rzeczy głupie, paskudne, a nawet niebezpieczne, jak i piękne, które wzmagają naszą kreatywność, pomagają nawiązywać przyjaźnie i tak dalej. A dodatkowo podkreślenie, że dorośli zazwyczaj nie rozumieją tego medium, często widzą je w czarno-białych barwach i czasem, choć chcą wykorzystywać jego właściwości w dobrych celach, wychodzi im z tego coś zgoła innego. Dzieciaki natomiast, choć zdają się wykorzystywać sieć stanowczo za często, być od niej wręcz uzależnione, potrafią używać jej bardziej rozważnie.

Niby drobnostka i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale jednak w Caprice zostało to zaprezentowane w sposób naprawdę mistrzowski.


Liczy się jakość, a nie ilość

Pomimo tego, że serial był na naprawdę wysokim poziomie, produkcja została zakończona po jednym sezonie z powodu niskiej oglądalności. Czy to źle? Na pewno nie świadczy to najlepiej o fanach samego Battlestara. W końcu to dla nich był robiony ten serial, a tu okazało się, że filozoficzne klimaty oraz inne mądrości sobie, ale jednak statki kosmiczne i humanoidalne roboty dodają +100 do fajności każdej produkcji. A Caprica statków kosmicznych i robotów nie miała zbyt wiele.

Ja jednak nad jednosezonowością tej produkcji nie ubolewam. Bo po pierwsze - lubię gdy seriale są krótkie, bo wtedy ich twórcy nie mają zbytniego czasu na kombinowanie i wymyślanie głupich rzeczy. A po drugie, właśnie dzięki temu Caprica jest idealnym wstępem do Battlestara. A wstępy, jak wiadomo nie mogą być zbyt rozwlekłe (stwierdziła Hołka, która dziś na wstępie popełniła aż 4 akapity, a potem zrobiła jeszcze drugi wstęp, bo w tym pierwszym nie zmieściła wszystkiego, co chciała na wstępie napisać).


I na koniec mam jeszcze pytanie do tych, którzy CapricęBattlestara już widzieli. Sama zastanawiam się nad tym od roku, wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi i nie daje mi to spokoju. Czy ten śliczny, nowoczesny, przeszklony, nadmorski dom Graystone'ów był tym samym, w którym później mieszkał Baltar?




Tydzień z Battlestarem - pozostałe wpisy:

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...