oraz inne związane z tym tematem głupoty

środa, 31 lipca 2013

Tydzień z Doctorem Who:
Torchwood

Przełom roku 2006 i 2007 był czasem, w którym fani Doctora Who prawdopodobnie nie mogli oderwać się od telewizorów. Poza przygodami samego Władcy Czasu mogli bowiem oglądać także dwa spin-offy tego serialu: przeznaczone dla młodszych widzów The Sarah Jane Adventures oraz tworzony z myślą o osobach dorosłych Torchwood.

O Przygodach Sary Jane pisać tutaj nie będę - widziałam jeden odcinek tej produkcji, ten w którym pojawił się David Tennant i to wystarczyło mi by stwierdzić, że niestety (a może: na szczęście?) jestem zbyt dużym dzieckiem, by oglądać takie rzeczy.

Postanowiłam natomiast przyjrzeć się Torchwood, zwłaszcza, że z opisów w internecie wywnioskowałam, że jest to produkcja równie wspaniała, jak Doctor Who.


W ramach ciekawostki napiszę jeszcze, że Torchwood jest anagramem tytułu Doctor Who. Przed 2005 roku, gdy dopiero przymierzano się do wskrzeszenia Doktora, Torchwood było nazwą kodową, której używano, by nikt postronny nie wiedział, o jakim serialu naprawdę prowadzone są rozmowy.

Akcja samego Torchwood toczy się natomiast niedługo po wydarzeniach z finału drugiej serii Doctora Who. Jest to jednak produkcja dość autonomiczna, która choć momentami nawiązuje do przygód Ostatniego Władcy Czasu, to jednak można ją oglądać bez znajomości Doktora. Choć szczerze wątpię, by wśród widzów Torchwood znalazła się choć jedna osoba, która fanem Doctora Who by nie była.


Moje oczekiwania wobec Torchwood

Muszę o tym wspomnieć, bo wydaje mi się, iż w bardzo dużym stopniu wpłynęło to na mój późniejszy odbiór serialu.

Po pierwsze wiedziałam, że jednym z bohaterów będzie Kapitan Jack "poderwę-każdą-inteligentną-formę-życia-we-wszechświecie" Harkness. Facet, który w Doctorze Who, o czym pisałam w poniedziałek, był jedyną osobą, w stosunku do której Doktor czół zazdrość. A przy tym był on bohaterem wprowadzającym niezwykle dużą ilość pozytywnych emocji. Gdy tylko pojawiał się na ekranie, ja natychmiast zaczynałam się uśmiechać.

Spodziewałam się więc, że w Torchwood Kapitan Jack będzie głównym elementem komediowym, kimś, kto będzie rozładowywał napięcie. I osobą, która podobnie, jak Tennant w Doctorze Who, samym tylko uśmiechem, będzie w stanie przegonić burzowe chmury.

Brałam też pod uwagę nieśmiertelność Harknessa i w związku z tym liczyłam na to, że będzie on w Torchwood postacią zachowującą się bardzo brawurowo, kpiącą sobie z niebezpieczeństwa i robiącą rzeczy, na które Doktor - z racji tego, że jego jednak można było ukatrupić - nie mógł sobie pozwolić.


Za produkcję serialu odpowiadał znany z Doctora Who duet Russell T. Davies & Julie Gardner. Przypuszczałam więc, że w Torchwood zrezygnuje się z tych wszystkich bardziej dziecinnych elementów, które nie podobały się starszym widzom, ale jednocześnie zostawi wszystko to, za co dorośli przygody Doktora lubili. Czyli, że w serialu znajdzie się odpowiednia ilość humoru, nieco dramatyzmu oraz wplecione tu i tam mądrości. A także - co równie ważne - że Torchwood będzie nieco absurdalne (bo w końcu o ludziach uganiających się za kosmitami po Cardiff nie można mówić na poważnie, prawda?).

Innymi słowy liczyłam po prostu na to, że serial od strony formy będzie czymś w rodzaju Facetów w Czerni, z tym, że w nieco lepszym, bo angielskim wydaniu. Albo, że będzie się prezentował mniej więcej, jak na tym fanvidzie.


Brutalna rzeczywistość pierwszego sezonu

Niestety żadna z rzeczy, które wymieniłam wyżej nie pojawiły się w serialu. Jack Harknes, choć owszem, czasem uśmiechnął się czarująco i zażartował, przez większość czasu był ponury i zupełnie pozbawiony tej pozytywnej energii oraz szczypty szaleństwa, którą posiadał w Doktorze Who.

Na tym jednak problemy się nie kończyły. W żaden sposób nie byłam w stanie polubić pozostałych bohaterów. W finale czwartej serii Doctora Who pojawiła się Gwen Cooper oraz Ianto Jones i postaci te wydały mi się bardzo sympatyczne. Tymczasem zarówno oni, jak i pozostała dwójka ekipy Torchwood: Owen Harper i Toshiko Sato, na samym początku nie sprawiali dobrego wrażenia. A później moja sympatia do nich wynikała chyba tylko i wyłącznie z tego, że po prostu do nich przywykłam.


Russel T. Davies i Julie Gardner chyba nie rozumieli, że serial dla dorosłych wcale nie musi być pozbawiony elementów właściwych dla produkcji familijnych, takich jak humor, magia i wartka akcja. A tego właśnie w Torchwood brakowało.

Dodatkowo - znów, odwrotnie, niż przypuszczałam - do tematu kosmitów w Cardiff scenarzyści podeszli w sposób niezwykle poważny. To zaś sprawiało, że o ile w Doctorze Who na ewidentnie gumowe ludziki spoglądałam z przymrużeniem oka, tak tutaj kiczowatość istot pozaziemskich naprawdę mnie drażniła. Ryjkowce, kobieta-cyberman (na szpilkach i w stalowym gorsecie) albo gigantyczny diabeł z finałowego odcinka - gdy widziałam tego typu stworki po prostu nie wiedziałam, czy śmiać się, płakać, czy może w trosce o własne zdrowie psychiczne zakończyć oglądanie.

Poza tym żaden z przeciwników głównych bohaterów nie był tak straszny, bym była w stanie uwierzyć, że stanowi realne zagrożenie, zarówno dla ekipy Torchwood, jak i całej ludzkości.


Kolejną rzeczą nie do zgryzienia były relacje międzyludzkie oraz wątki, które pozwolę sobie nazwać, moralno-filozoficznymi. Wszystko to wydawało się niezwykle sztuczne, za bardzo wydumane i robione ewidentnie na siłę.

Irytowały mnie także elementy homoseksualne. Ale zanim okrzykniecie mnie homofobem, pozwólcie, że się wytłumaczę. Nie mam nic przeciwko gejom i lesbijkom. Niech sobie tacy ludzie żyją w szczęściu i zdrowiu, zawierają związki małżeńskie, a nawet adoptują dzieci. Cieszę się też, że John Barrowman, który sam jest homoseksualistą, miał w Torchwood możliwość zagrania geja, który nie był stereotypowym, śmiesznym pedałkiem w różowym sweterku, tylko bohaterem równie męskim, jak choćby Indiana Jones lub John McClane. Ale po prostu nie lubię patrzeć na dwie osoby tej samej płci, które całują się i obściskują. Sorry, ale w tym miejscu moja tolerancyjność się kończy. I choć podziwiam twórców serialu za to, że mieli odwagę pokazywać na ekranie tego typu rzeczy, to jednak wolałabym, żeby homo-relacje były przez nich jedynie sugerowane, a nie prezentowane.


Lepiej, ale wciąż kiepsko

Druga seria Torchwood była nieznacznie lepsza od poprzedniej. Pierwszy odcinek prezentował się naprawdę nieźle (a otwierająca sekwencja z gonieniem człowieka-ryby oraz staruszką mówiącą „bloody Torchwood” na serio mnie rozbawiła). Potem akcja nieco zwolniła, powracając do wcześniejszego poziomu. Na szczęście znów zaczęło się dziać więcej, gdy na ekranie gościnnie pojawiła się Freema Agyeman, w roli Marthy Jones, czyli drugiej towarzyszki Dziesiątego Doktora.

Ale pomimo tego wszystkiego Torchwood wciąż nie było produkcją, której oglądanie dawałoby mi tak dużą frajdę, jak Doctor Who. Nawet finał - znacznie lepszy niż w poprzednim sezonie - wywołał u mnie jedynie wzruszenie ramion i nic poza tym.


Do trzech razy sztuka

Trzeci sezon nie zapowiadał się ani trochę niezwykle. Myślałam, że na miejsce Owena i Toshiko, którzy zginęli w serii drugiej, wskoczą nowe postaci, a fabuła serialu będzie wyglądała dokładnie tak samo, jak wcześniej. A potem wszystko zostało obrócone do góry nogami i o 180 stopni, a ja zostałam wgnieciona w fotel i zmuszona do szukania po podłodze opadniętej szczęki.

Nie mam zielonego pojęcia, czy było to spowodowane tym, że Russell T. Davies oraz Julie Gardner, po skończeniu pracy nad Doctorem Who, mogli poświęcić Torchwood więcej uwagi oraz energii, czy może po prostu duet D&G w jakiś sposób zmądrzał i wydoroślał. W każdym razie Torchwood: Children of Earth jest produkcją o niebo lepszą od pierwszych dwóch odsłon serialu. Odważę się wręcz stwierdzić, że jest to dzieło znacznie ciekawsze od Doctora Who.


Co się zmieniło? Przede wszystkim zrezygnowano z formy procedurala o gonieniu kosmitów. Pięć odcinków Children of Earth stanowi ciągłą historię, której akcja ma miejsce w przeciągu pięciu dni (każdy dzień odpowiada jednemu odcinkowi). Dzięki temu twórcy mogli sobie pozwolić na wprowadzenie większej ilości wątków, rozwinięcie ich oraz splątanie ze sobą. Taka forma znacznie bardziej zachęcała też do oglądania, bo po zobaczeniu każdego epizodu natychmiast chciało się obejrzeć następny.

Zupełnie inny był także przeciwnik Torchwood. Zrezygnowano z gumowych potworków oraz komputerowo wykreowanych koszmarków. Zamiast tego mamy kosmitów, których tak naprawdę nie widać. Dostajemy przeszklone pomieszczenie, wypełnione niebieskim gazem, w którym czai się coś strasznego, ale nie do końca wiadomo, co dokładnie. Proste i genialne rozwiązanie - wszak nic nie budzi grozy bardziej, niż rzeczy, których nie możemy zobaczyć.

Wspomnieni kosmici nie równają z ziemią Nowego Jorku lub innych amerykańskich miast, które normalnie w podobnej sytuacji byłyby niszczone. Zamiast tego przejmują kontrolę nad dziećmi. Wszystkimi dziećmi na Ziemi. Nie chcą jednak podbijać naszej planety. Wysuwają proste żądanie: oddajcie nam 10% ziemskich małolatów, a odlecimy.

Do tego wszystkiego dochodzi także całkiem ciekawa intryga polityczna, masa akcji, kilka naprawdę efektownych oraz wybuchowych scen i wszystko to razem wzięte sprawia, że Torchwood: Children of Earth gatunkowo, bardziej niż science-fiction przypomina naprawdę dobrze zrobiony thriller sensacyjny.

Ale Davies i Gardner serwują nam tutaj nie tylko rozrywkę na najwyższym poziomie. Udaje się im także zawrzeć w serialu to, co lubię najbardziej, a czego brakowało mi w poprzednich odsłonach Torchwood, czyli pozostające bez odpowiedzi pytanie, na które każdy widz musi odpowiedzieć sobie sam. Pytanie, które w tym wypadku brzmi: ile dzieci ty byłbyś w stanie poświęcić, by uratować ludzkość?


Nikomu nie polecam pierwszych dwóch sezonów Torchwood. I jestem w stanie wam wybaczyć, jeśli z jakiegoś powodu nie macie zamiaru oglądać Doctora Who lub też zerknęliście na tą produkcję, ale nie przypadła wam ona do gustu.

Wydaje mi się jednak, że Children of Earth jest tytułem, który każdy szanujący się oglądacz seriali znać powinien. Czymś, co moim zdaniem znajduje się o ligę wyżej, niż Doctor Who i spokojnie może się mierzyć nawet ze wspaniałym Battlestar Galactica.


Torchwood, jeszcze raz

W 2011 roku nakręcony został czwarty sezon Torchwood, o podtytule Miracle Day. Forma tej produkcji była bardzo podobna do Children of Earth - z fabułą rozciągniętą na całą serię, brakiem kosmitów, zachowaniem odpowiedniej powagi i tak dalej.

Do wskrzeszenia Torchwood dołożyli się też Amerykanie, co poskutkowało tym, że twórcy, mając większy budżet, mogli sobie pozwolić na kilka bardziej efektownych scen. Wszystko to robiło naprawdę duże wrażenie, ale miało też jeden minus. Mianowicie czuło się, że klimat produkcji się zmienił, przestał być brytyjski i co za tym idzie - tak niepowtarzalny, jak sezon wcześniej. Przy czym, jest to chyba jedyna wada, która sprawiła, że Miracle Day podobał mi się nieco mniej, niż Children of Earth.


Jeszcze słówko o fabule. Tym razem w ogóle nie mamy elementów pozaziemskich. Akcja dzieje się w kilka lat po wydarzeniach z poprzedniego sezonu Torchwood. I zaczyna się od tego, że pewnego dnia ludzie na całym świecie przestają umierać. Początkowo wszyscy się z tego powodu cieszą, ale bardzo szybko okazuje się, że nieśmiertelność jest dla ludzkości czymś dużo groźniejszym, niż spotkanie z armią Daleków.

Jedyną osobą, którą można zabić, staje się natomiast niezniszczalny do tej pory Kapitan Jack Harkness. I to on zdaje się być kluczem nie tylko do rozwiązania zagadki masowej nieśmiertelności, ale także tym, który będzie w stanie przywrócić naturalny porządek rzeczy.


Ciąg dalszy nastąpi?

Ostatni odcinek Miracle Day pozostawił niektóre wątki niedomknięte. A twórcy serialu oraz grający w nim aktorzy często wspominają, że są gotowi w każdej chwili rzucić wszystko i wrócić do Torchwood. Trzymam więc kciuki, by w przyszłości produkcja została wznowiona. Ale nie jako standardowy serial, z jednym sezonem każdego roku. Nie, podoba mi się Torchwood w formie, w jakiej istnieje od trzeciej serii - czyli produkcji ukazującej się w nieregularnych odstępach czasu. Oczywiście wiem, że taka częstotliwość wychodzenia nowych sezonów jest spowodowana brakiem funduszy na ich realizację. Ale właśnie dzięki temu serial jest tworzony z większą rozwagą i w sposób bardziej przemyślany. A w tym nie ma chyba niczego złego, prawda?



Tydzień z Doktorem - pozostałe wpisy:

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...